|
wtorek, 16 grudnia 2008
Mimo że mamy wstać rano do pracy zamiast spać wspominamy niezwykłe zdarzenia
Były przepiękne.
Powoli. Sprawi, że pewnego pięknego dnia wypierdolą nas z pracy. Zabiorą nam mieszkania. Odejdą od nas żony. Będą się dziać rzeczy straszne. I znów staniemy się wolni. Jacek Podsiadło
niedziela, 30 listopada 2008
Arci Catania - Italia IV
Język. Przez prawie cały pierwszy miesiąc nic nie rozumiem. Włosi mówią do mnie dużo, staram się jak mogę, skupiam, szukam podobieństw, ale generalnie – nic nie rozumiem. Czuje, że dla nich to problem, że są tym trochę skrępowani, pewnie czasem ich to denerwuje. Wybrałem miejsce mojego wyjazdu z założeniem, że ma być jak najdalej, ciepło i najlepiej żebym nie potrafił się komunikować. Chciałem dowiedzieć się w ten sposób czegoś o sobie. Doświadczyć pewnego zagubienia. Ciekawiło mnie jak sobie poradzę. Język włoski nie jest bardzo skomplikowany i generalnie mówi się, że przyswojenie go nie sprawia większych trudności. Coś w tym musi być, bo po trzech miesiącach posługiwałem się nim już dość płynnie. Sam proces uczenia się był dla mnie fascynujący, szczególnie, że byłem otoczonym ludźmi, którzy w większości nie potrafili mówić w żadnym innym jak tylko języku ojczystym. Przejście od chaotycznego zlepka wyrazów, z którego zaczęły wyodrębniać się pojedyncze słowa, z których wolno zaczęły się wykluwać zdania, do świadomość wchodzenia w coraz większą interakcję. Cała ta droga była niezwykła. Poczucie, że – rozumiem – i że inni rozumieją mnie, że uczę się na nowo wyrażać moje myśli i uczucia. Dowiaduje się jak to dla mnie ważne, jak bardzo chce być zrozumiany, jak bardzo chce mówić. Kiedy po powrocie z jakiegoś wyjazdu usiadłem z Giulianem na schodach Pubu Nevsky, popijając piwo uświadomiliśmy sobie, że w sumie pierwszy raz normalnie rozmawiamy, że wcześniej ja mówiłem tylko po angielsku a on odpowiadał wyłącznie po włosku. To było tak odświeżające – rozmawiać – móc coś opowiedzieć, słyszeć swój głos, który dobiera nowe dźwięki. Jak bardzo to zmienia, kiedy mówi się do świata naokoło w jego własnym języku. * * * Moja nauka włoskiego. Przez pierwsze dwa tygodnie, uczył mnie Alessandro. Znał bardzo dobrze angielski i był jedyną osobą z mojego otoczenia, która mnie rozumiała. Dwa razy na tydzień siadałem z nim nad książką i poznawałem podstawy języka. Było to jednak za mało i czułem, że w tym tempie na efekty przyjdzie mi czekać bardzo długo. Zacząłem, więc szukać wszelkiego rodzajów kursów dla obcokrajowców. Wszędzie spotykał mnie jednak mur w postaci ogromnych cen a moje fundusze były bardzo ograniczone. I wtedy dostałem od jednej organizacji z Rzymu namiar na dwie dziewczyny – Stefanii i Elinę, Belgijkę i Estonkę, które pracują w Arci Catania. Arci to duża organizacja, której siedziby można spotkać w wielu włoskich miastach. Działa na polu zwalczania homofobii, ksenofobii, zjawiska rasizmu. Jest bardzo lewicowa, wspierana przez partie polityczne. Do dziewczyn napisałem po części w sprawach językowych – po prostu szukałem kogoś, kto zna angielski, z kim mógłbym pogadać. I tak przez nie trafiłem na stronę Catańskiego Arci. Na prawym marginesie widniał napis: Corso d'italiano per stranieri – kurs włoskiego dla obcokrajowców. Napisałem do siedziby. Okazało się, że są bezpłatne i że nie ma problemu żeby uczestniczył, bo dopiero zebrała się nowa grupa. Przeszedłem pierwszy raz przez Via Paccini, przez Piazza Carlo Alberto i wszedłem do starej kamienicy gdzie pachniało nieprzyjemnie wilgocią. Drzwi otworzył mi Francesco. Skierował do małej salki. W salce stała Claudia, wolontariuszka i nauczycielka w Arci. Za stołem siedziało trzech Senegalczyków, dwóch Marokańczyków, Marokanka, chłopak z Indii i z Bangladeszu. Usiadłem między nimi trochę zamurowany i pomyślałem: właśnie poznałem imigrantów. To było absolutne zaskoczenie. Nie mogłem być bardziej szczęśliwy.
piątek, 28 listopada 2008
Znaki
Noc rozstrzępiona wronami umyka przed coraz wyższą trawą poświtania Pierwszym uśmiechem ze snu się odsłania dziecko i piersi matczynej dotyka Noc rozstrzępiona wronami umyka przed coraz wyższą trawą poświtania Byłaś mi pierwszą kiedy u strumyka kamień pogańską strofą się oddzwaniał Czytałem znaki na dnie ułożone pisałem palcem po wodzie po wodzie o twoich oczach i o moim głodzie o białym sadzie w ziarnie zaczajonym Żyje - więc we mnie jest czas i jest pamięć stąd i pokora i zuchwałość dłoni bo każdy kamień ma jeszcze coś z broni gładząc go woda ostrość jego kłamie Tadeusz Śliwiak
wtorek, 25 listopada 2008
Mała karteczka
Tadeusz
Fiszbach dostanie tego wieczoru dwa razy specjalne oklaski. Jest
listopad, w Polskiej Filharmonii Bałtyckiej na Ołowiance trwa Gdański Areopag,
cykliczna impreza tym razem poświecona tematowi „zgody” jako wartości i sposobom
jej rozumienia. Pierwsze
brawa padają już na samym początku, kiedy prowadzący to spotkanie redaktor
Maciej Wierzyńskim przedstawia Tadeusza Fiszbacha jako „ostatniego żyjącego
sygnatariusza Porozumień Sierpniowych” ze strony PZPR. Na sali
siedzą przeważnie ludzie starsi, którzy byli świadkami tamtych dni. Słysząc
oklaski zastanawiałem się, kim był dla tych ludzi Fiszbach z sierpnia Gdzieś
w toku dyskusji (a uczestniczą w niej jeszcze gen. Roman Polko, prof. Janusz
Danecki, ks. Dariusz Kowalczyk SJ), ktoś cichutko podchodzi do stołu i podaję
Maciejowi Wierzyńskiemu małą karteczkę. Na tej karteczce napisana jest informacja,
że właśnie zmarł Mieczysław Rakowski. Sala reaguje westchnieniem. Tadeusz
Fiszbach spuszcza głowę. Po
zakończeniu spotkania podchodzi do mnie koleżanka, która jest jednym z
organizatorów Areopagu i prosi czy nie pomógłbym wyprowadzić pana Fiszbacha,
wokół którego skupiło się grono widzów ściskających dłonie, łaknących
autografów i wspólnych zdjęć. Zanim udaję się nam skierować do drzwi mija
trochę czasu. Gdy
docieramy do korytarzyka prowadzącego do wyjścia, pan Fiszbach uśmiecha się do
mnie. - Wie pan – mówię – myślę,
że to było ważne, co pan dziś powiedział. - Dziękuję, dziękuje –
odpowiada - Jestem związany trochę z historią
i takie słowa to dla mnie ciekawą sprawa. - Wie pan na takie
wydarzenia trzeba patrzeć inaczej, szerzej, nie można łatwo osądzać – mówi z
uśmiechem – po chwili dodaje smutniej – i jeszcze ten Rakowski… eh… rozstaliśmy
się źle, ale i tak szkoda… Idziemy razem jeszcze parę kroków i żegnamy
się uściskiem dłoni.
wtorek, 04 listopada 2008
Via Pacini - Italia III
Schodząc z bogatej Via Etna, jednej z głównych ulic Catanii, z której widać sławny wulkan, można wejść w małą Via Pacini. Uliczka ta prowadzi do Pizza Carlo Alberto gdzie codziennie jest wielki targ, chyba największy w całym mieście. Tą małą uliczkę przechodziłem parę razy w tygodniu zawsze przystając na chwilę przed jednym sklepem. Prowadził go starszy pan. W sklepie była lada, paczuszki ze słodyczami i półki na których stały słoje. Na ziemi leżało parę worków wypchanych ziarnami kawy. Był duży kocioł, w którego bębnie paliła się te ziarna. To dlaczego się zatrzymywałem – był zapach. Intensywny, mocny, magiczny zapach świeżo palonej kawy. Aromat tak przejmujący, tak nagły, stanowczy, każący przystanąć, zaciągnąć powietrzem, zamknąć oczy. Myślę, że to jest Catania za którą tęsknie. Takie miejsca. Ten człowiek, którego imienia nie znam, który codziennie przesypuje z opasłych worków ziarna i wrzuca je w ogień. Te parę metrów kwadratowych. Ich zapach. Ta mała uliczka.
poniedziałek, 03 listopada 2008
Bohaterowie naszych czasów
Miliony ludzi w tym kraju zarabia mało, o wiele za mało, a jednak codziennie chodzi do pracy przez całe życie. To są prawdziwi bohaterowie naszych czasów. - Olaf Scholz, niemiecki minister pracy Forum, nr 44(27.10 - 6.11.2008) Ciemne uliczki - Italia II
Przez Catanię przejechał pierwszy raz nocą. Mijałem domy, ulice, światła sklepów i przechadzających się ludzi, którzy przez najbliższe miesiące mieli stać się moim światem. Wszystko było takie cudownie obce a noc czyniła z tego jeszcze większą niewiadomą zatapiając wszystkie zakamarki w swojej ulubionej ciemności. O Catanii wiedziałem mało. Wyczytałem, że leży u podnóża Etny, co wpłynęło bardzo na jej architekturę. Wielokrotnie cierpiała w skutek trzęsień ziemi i lawy. Kamień wulkaniczny, z którego wzniesiono budynki miał nadać miastu ciemny kolor. Miało być głośne, ruchliwe, niebezpieczne. Po części wszystko było prawdą. Etna leży na wyciągnięcie ręki. Jest piękna – to chyba wypada o niej napisać na początku. Kiedy przyjechałem była cała w śniegu. Sypała nim ze swojego wierzchołka, który mieszał się z dymem, jaki wydobywał się z wnętrza krateru. W połowie mojego pobytu – po trzech małych trzęsieniach ziemi, Etna eksplodowała. Nie była to pełna erupcja jednak widok płynących strumieni rozpalonej lawy, strzelającej z jej zboczy fontannami ognia, uczucie niezwykłej potęgi, jaka drzemie we wnętrzu tej góry była niesamowita. Kiedy moi znajomi Filippo i Irene brali ślub, wynajęli w jej okolicach mały hotelik z pięknym ogrodem, gdzie rozstawione były stoliki i gdzie wszyscy siedzieliśmy oddając się urokom Sycylijskiej kuchni. To była ciepła noc, szczęśliwa, pełna uśmiechów i toastów. Pomyślałem wtedy, że pewnie nigdy nie przyjdzie mi już być na weselu gdzie tuż obok gości wznosi się majestatyczny wulkan, spływający ogniem. Był to jeden z tych momentów w życiu, kiedy człowiek zatrzymuje się na chwilę by docenić w jak niezwykłych okolicznościach przyszło mu się znaleźć i powiedzieć sobie, że los układa czasem dla nas piękne historię, które, mimo że nie gramy pierwszoplanowej roli, dają poczucie wzruszającej niezwykłości i szczęścia. Cała Catania jest rzeczywiście ciemna. Wulkaniczny kamień, który jest głównym jej budulcem stwarza atmosferę, którą czułem tylko w tym ze wszystkich Włoskich miast, jakie udało mi się odwiedzić. Do tego w wyniku problemów finansowych Catania jest słabo oświetlona, co potęguje tylko jej kolor. Schodząc z głównych ulic brodzi się przez półmrok dusznych uliczek wyłożonych brukiem i asfaltem, który jeszcze ciepły od dnia unosi wszelkie, najczęściej nieprzyjemne zapachy. Ale to nocą - w pełni słońca wszystko ma się inaczej. Miasto nie jest może cudem architektury, ale na pewno ma w sobie dużo uroku. Nie jest może szczególnie głośne, ale na pewno jest ruchliwe. Nie jest może szczególnie niebezpieczne, ale są miejsca, do których się pod żadnym pozorem nie zagląda. Dzielnice mafii, biedy. Raz jadę z moimi koleżankami Claudią i Vanessą na kolację do Parminder Jit’a, naszego znajomego z Indii. Jemy przepyszne chapatti, wszystko własnoręcznie robione, od placków po sos. Parminder mieszka razem z dwójką znajomych. Ciekawostką jest, że Parminder jest Sikhem, pochodzi z Pendżabu gdzie ta religia jest szczególnie mocna. Jeden jego kolega jest katolikiem, drugi wyznawcą hinduizmu. Wszyscy trzej pochodzą z Indii i są bardzo religijni. Kiedy przed jedzeniem składam odruchowo ręce by oprzeć o nie głowę, jeden z nich pyta czy chciałbym się pomodlić. Mówi to bardzo poważnie i kiedy odpowiadam z uśmiechem „nie trzeba”, czuje się idiotycznie, bo przez chwile pomyślałem, że to żart. Mają w domu mały ołtarzyk, na którym siedzą razem Chrystus w otoczeniu obcych bóstw i ich proroków. To stwarza nastrój tolerancji i bezpieczeństwa. Kiedy po jedzeniu pytamy jak się mieszka w tej okolicy – a jest to właśnie jedna z tych dzielnic, do których nie wjeżdża się inaczej niż samochodem i najczęściej szybko opuszcza – ich miny pochmurnieją. Jedyna odpowiedź, jaka pada to „niedobrze”. Dla mnie było to jednak tylko zachętą do poznania Catanii bardziej. Główne ulice, mimo że piękne, święcą neonowym luksusem. To jednak nie była Catania, jaka mnie interesowała, bo widziałem, że to miasto ma też inną twarz. Twarz często niechcianą, nielegalną, która stoi na każdej ulicy, na każdym rogu. Która unika policji, przemyka się, handluje byle, czym, byle gdzie, pracuje to tu to tam. Twarz, która dużo poświeciła żeby tu być, która chce żyć godnie. Twarz Afryki i Azji, nielegalnych imigrantów. Pytanie było tylko jak się do niej zbliżyć, jak spojrzeć jej w oczy?
Parminder Jit (w środku)
poniedziałek, 06 października 2008
Świat musi ich zabić
"Tej nocy w pokoju hotelowym przy długim, pustym korytarzu, na którym stały pod drzwiami nasze buty – kiedy za oknem padał deszcz, a w naszej sypialni, gdzie leżał puszysty dywan, było widno, miło i wesoło – gdy potem zgasiliśmy światło i było nam cudownie na śliskiej pościeli w wygodnym łóżku – kiedy czuliśmy, że znów jesteśmy w domu, że już koniec samotności, i budząc się w nocy odnajdowaliśmy się wzajemnie – wszystko poza tym było nierzeczywiste. Zasypialiśmy, kiedy nas ogarnęło zmęczenie, a jeżeli któreś z nas się budziło, budziło się też drugie, więc już nie byliśmy osamotnieni. Często mężczyzna pragnie być sam i dziewczyna także pragnie być sama, i jeżeli się kochają, są o to nawzajem bardzo zazdrośni, ale ja naprawdę mogę powiedzieć, że ani przez chwilę tego nie czuliśmy. Potrafiliśmy czuć się samotni, kiedy byliśmy razem – samotni przeciw innym. Coś podobnego zdarzyło mi się tylko raz. Czułem się osamotniony będąc z wieloma dziewczynami, a wtedy właśnie można być samotnym najbardziej. Ale my dwoje nie odczuwaliśmy nigdy samotności ani lęku, kiedy byliśmy ze sobą. Wiem, że w nocy nie jest tak samo jak w dzień, że wszystko wydaję się inne, że nocnych spraw nie sposób wytłumaczyć za dnia, bo wtedy nie istnieją, i że noc może być straszna dla ludzi samotnych, kiedy już zaczęła się ich samotność. Ale z Catherine nie czułem w nocy prawie żadnej różnicy, chyba tylko tę, że było mi jeszcze lepiej. Jeżeli ludzie przynoszą ze sobą na świat dużo odwagi, to świat musi ich zabić, żeby ich złamać, więc naturalnie ich zabija. Świat łamię każdego i potem niektórzy są jeszcze mocniejsi w miejscach złamania. Ale takich, co nie chcą się złamać świat zabija. Zabija w równej mierze najlepszych, najdelikatniejszych i najdzielniejszych. Jeżeli nie jesteś żadnym z nich, możesz być pewnym, że zabiję cię także, ale bez szczególnego pośpiechu." Fragment książki "Pożegnanie z bronią" Ernest Hemingway. Zjeżdżając z Céfalu - Italia I
Zjeżdżaliśmy krętymi górzystymi drogami z miejscowości Céfalu i wtedy patrząc przez okno samochodu pomyślałem, że jeżeli zacznę pisać o Sycylii, to właśnie od tego momentu. Niebo było piękne, waniliowo-różowe, pełne chmur, które przetaczały się nad górskimi szczytami. Jechaliśmy drogą mijając małe domki, za którymi wspinały się stoki czarne od sadzy. Łąki płonęły. Całe zbocza górskie leżały spalone. Gdzieniegdzie widać było biegających w panice pasterzy, którzy przeganiali bydło w bezpieczne miejsce. Nad ich głowami przelatywały samoloty zrzucające wodę. Wszystko wyglądało niezwykle, bo mimo dramatu okolica wydawała się niezwykle spokojna. Ogień był mały, tlił się lekko i na ogromnej przestrzeni, wśród górskiej panoramy wydawał się błahostką. Samoloty były wysoko i przesuwały się bezgłośnie. Niebo było piękne. Pozwalałem moim myślom uciekać w metafory i mówiłem sobie, że Sycylia nawet, kiedy płonie, zachowuję swój spokój i robi to powoli, bez nerwów. Patrzyłem na to wszystko i myślałem, że za parę dni wracam już do Polski. We Włoszech spędziłem sześć miesięcy, z czego cztery na samej Sycylii. Pobyt w tym kraju zaprowadził mnie znaczeni dalej niż można dojść zwykłą drogą i otworzył wiele drzwi, o których istnieniu nie miałem nawet pojęcia. Przejechałem kraj z południa na północ, poznałem ludzi z całego świata – tych przygnębiająco biednych, imigrantów z Afryki i Azji i tych bogatych, którzy, mimo, że mieszkali w jednym mieście, dzielnicy – nic o sobie nie wiedzieli. Starałem się z nimi rozmawiać, sfotografować ich świat, ich spojrzenie. Ale zanim napiszę coś o ludziach, wypada wspomnieć parę słów o mieście. W Catanii wylądowałem 18 lutego 2008 około godziny 22 z gorączką i okrutnym bólem zęba, mających mnie odebrać Włochów nie było.
niedziela, 14 września 2008
Zmiany, zmiany, zmiany...
Gdzieś zakiełkowała we mnie myśl żeby odkurzyć ten blog. Tak naprawdę już od miesięcy leży nietknięty i zapomniany na rzecz nowego blogowego projektu . Mam jednak sentyment do tej starej, wirtualnej przestrzeni i postanowiłem, że trochę trzeba ją przebudować, może nadać inny kształt. Zniknęło więc sporo wpisów oraz kategorie ze zdjęciami, Sycylią itd. Miejsce na te ostatnie jest w Photographing the Edges - Zapiski wracają to swojej formy pisanej (ze małymi wstawkami z Youtuba lub fotografiami, ilustracjami które nie są moje). Może w końcu zmotywuje mnie to żeby pisać więcej. Jakiś czas temu aparat fotograficzny wytrącił mi pióro z ręki i ciężko po nie znowu sięgnąć. Zobaczymy jak te powroty będą wyglądać.
poniedziałek, 09 czerwca 2008
Photographing the Edges
Od dłuższego czasu ten blog zmienił się z "Zapisek" w album zdjęciowy i pomyślałem, że czas to trochę zmienić nawet jeżeli odbiję się to na jakiego jakości (z założenia zdjęcia miały być tylko dodatkiem a nie główną treścią). Założyłem właśnie osobny blog poświęcony tylko zdjęciom: http://piotrphotos.blox.pl/html zobaczymy czy ten projekcik się rozwinie, zapraszam wszystkich do oglądania, komentowania. pozdrawiam Piotr
poniedziałek, 19 maja 2008
MUTO a wall-painted animation
Coś niesamowitego, pierwszy raz widzę tego typu animację. MUTO a wall-painted animation by BLU from blu on Vimeo.
poniedziałek, 11 lutego 2008
Моя жизнь
"...but if I had to choose, I would want to be myself, because this is my world and I live in it."
sobota, 02 lutego 2008
Mug-Shots
W Warszawskiej Yours Gallery wystawiono serię zdjęć policyjnych z Lidcombe (przedmieścia Sydney) powstałych w latach 1912-1914. Fotografię przedstawiają złodziei, oszustów, paserów, szulerów, prostytutki, morderców, handlarzy narkotyków. Portrety robione w celach moim zdaniem są wartę obejrzenia. Poniżej parę wybranych fotografii:
![]() ![]() ![]() Więcej zdjeć tu: Retrofilia
czwartek, 17 stycznia 2008
Krystian
Krystian na
swoje pierwsze obrazy kradł czarną farbę z ośrodka, w którym pracował. Mieszka
w małej wsi pod Toruniem gdzie ciężko było o środki plastyczne. Nie miał
zresztą pieniędzy, miał natomiast potrzebę malować. |
Archiwum
O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Moje blogi:
Polska Akcja Humanitarna
Zajrzyj na inne Blogi:
|