Kategorie: Wszystkie | Italia | Napisane | Tadeusz Śliwiak | Zapiski
RSS
wtorek, 16 grudnia 2008
Mimo że mamy wstać rano do pracy zamiast spać wspominamy niezwykłe zdarzenia

Były przepiękne.
Były kobietami.
Że poczynaliśmy sobie nieśmiało, że
rozmawialiśmy z nimi o świętych duchach, Bogu, kosmosie,
że czytaliśmy im swoje wiersze
zanim odważyliśmy się na pierwsze dotknięcie, od którego
do pierwszego pocałunku było jeszcze wiele kilometrów drżenia,
czyniliśmy dobro. Jeśli nawet
marzyło nam się
bezceremonialne chwytanie za pierś jak za futbolówkę
albo rżnięcie "od tyłu, na stojąco i w butach",
postępowaliśmy inaczej.

Powoli.
Ostrożnie.
Nieumiejętnie.
Z lękiem.
Odbite w naszych oczach wiedziały, że są motylami.

Jeszcze przyjdzie tu po nas anioł z powietrzną trąbą.
Sprawi, że pewnego pięknego dnia wypierdolą nas z pracy.
Zabiorą nam mieszkania.
Odejdą od nas żony.
Będą się dziać rzeczy straszne.
I znów staniemy się wolni.

Jacek Podsiadło


22:41, piotr.amigo , Zapiski
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 30 listopada 2008
Arci Catania - Italia IV

Język.

Przez prawie cały pierwszy miesiąc nic nie rozumiem. Włosi mówią do mnie dużo, staram się jak mogę, skupiam, szukam podobieństw, ale generalnie – nic nie rozumiem. Czuje, że dla nich to problem, że są tym trochę skrępowani, pewnie czasem ich to denerwuje. Wybrałem miejsce mojego wyjazdu z założeniem, że ma być jak najdalej, ciepło i najlepiej żebym nie potrafił się komunikować. Chciałem dowiedzieć się w ten sposób czegoś o sobie. Doświadczyć pewnego zagubienia. Ciekawiło mnie jak sobie poradzę.

Język włoski nie jest bardzo skomplikowany i generalnie mówi się, że przyswojenie go nie sprawia większych trudności. Coś w tym musi być, bo po trzech miesiącach posługiwałem się nim już dość płynnie.

Sam proces uczenia się był dla mnie fascynujący, szczególnie, że byłem otoczonym ludźmi, którzy w większości nie potrafili mówić w żadnym innym jak tylko języku ojczystym. Przejście od chaotycznego zlepka wyrazów, z którego zaczęły wyodrębniać się pojedyncze słowa, z których wolno zaczęły się wykluwać zdania, do świadomość wchodzenia w coraz większą interakcję. Cała ta droga była niezwykła. Poczucie, że – rozumiem – i że inni rozumieją mnie, że uczę się na nowo wyrażać moje myśli i uczucia. Dowiaduje się jak to dla mnie ważne, jak bardzo chce być zrozumiany, jak bardzo chce mówić.

Kiedy po powrocie z jakiegoś wyjazdu usiadłem z Giulianem na schodach Pubu Nevsky, popijając piwo uświadomiliśmy sobie, że w sumie pierwszy raz normalnie rozmawiamy, że wcześniej ja mówiłem tylko po angielsku a on odpowiadał wyłącznie po włosku. To było tak odświeżające – rozmawiać – móc coś opowiedzieć, słyszeć swój głos, który dobiera nowe dźwięki. Jak bardzo to zmienia, kiedy mówi się do świata naokoło w jego własnym języku.

 

* * *


Moja nauka włoskiego. Przez pierwsze dwa tygodnie, uczył mnie Alessandro. Znał bardzo dobrze angielski i był jedyną osobą z mojego otoczenia, która mnie rozumiała. Dwa razy na tydzień siadałem z nim nad książką i poznawałem podstawy języka. Było to jednak za mało i czułem, że w tym tempie na efekty przyjdzie mi czekać bardzo długo. Zacząłem, więc szukać wszelkiego rodzajów kursów dla obcokrajowców. Wszędzie spotykał mnie jednak mur w postaci ogromnych cen a moje fundusze były bardzo ograniczone.

I wtedy dostałem od jednej organizacji z Rzymu namiar na dwie dziewczyny – Stefanii i Elinę, Belgijkę i Estonkę, które pracują w Arci Catania. Arci to duża organizacja, której siedziby można spotkać w wielu włoskich miastach. Działa na polu zwalczania homofobii, ksenofobii, zjawiska rasizmu. Jest bardzo lewicowa, wspierana przez partie polityczne.

Do dziewczyn napisałem po części w sprawach językowych – po prostu szukałem kogoś, kto zna angielski, z kim mógłbym pogadać. I tak przez nie trafiłem na stronę Catańskiego Arci. Na prawym marginesie widniał napis: Corso d'italiano per stranieri – kurs włoskiego dla obcokrajowców. Napisałem do siedziby. Okazało się, że są bezpłatne i że nie ma problemu żeby uczestniczył, bo dopiero zebrała się nowa grupa.

Przeszedłem pierwszy raz przez Via Paccini, przez Piazza Carlo Alberto i wszedłem do starej kamienicy gdzie pachniało nieprzyjemnie wilgocią. Drzwi otworzył mi Francesco. Skierował do małej salki. W salce stała Claudia, wolontariuszka i nauczycielka w Arci. Za stołem siedziało trzech Senegalczyków, dwóch Marokańczyków, Marokanka, chłopak z Indii i z Bangladeszu.

Usiadłem między nimi trochę zamurowany i pomyślałem: właśnie poznałem imigrantów. To było absolutne zaskoczenie.

Nie mogłem być bardziej szczęśliwy.


19:31, piotr.amigo , Italia
Link Komentarze (1) »
piątek, 28 listopada 2008
Znaki

Noc rozstrzępiona wronami umyka
przed coraz wyższą trawą poświtania
Pierwszym uśmiechem ze snu się odsłania
dziecko i piersi matczynej dotyka

Noc rozstrzępiona wronami umyka
przed coraz wyższą trawą poświtania
Byłaś mi pierwszą kiedy u strumyka
kamień pogańską strofą się oddzwaniał

Czytałem znaki na dnie ułożone
pisałem palcem po wodzie po wodzie
o twoich oczach i o moim głodzie
o białym sadzie w ziarnie zaczajonym

Żyje - więc we mnie jest czas i jest pamięć
stąd i pokora i zuchwałość dłoni
bo każdy kamień ma jeszcze coś z broni
gładząc go woda ostrość jego kłamie

Tadeusz Śliwiak


wtorek, 25 listopada 2008
Mała karteczka

Tadeusz Fiszbach dostanie tego wieczoru dwa razy specjalne oklaski.

Jest listopad, w Polskiej Filharmonii Bałtyckiej na Ołowiance trwa Gdański Areopag, cykliczna impreza tym razem poświecona tematowi „zgody” jako wartości i sposobom jej rozumienia.

Pierwsze brawa padają już na samym początku, kiedy prowadzący to spotkanie redaktor Maciej Wierzyńskim przedstawia Tadeusza Fiszbacha jako „ostatniego żyjącego sygnatariusza Porozumień Sierpniowych” ze strony PZPR. Na sali siedzą przeważnie ludzie starsi, którzy byli świadkami tamtych dni. Słysząc oklaski zastanawiałem się, kim był dla tych ludzi Fiszbach z sierpnia 1980 a kim jest z listopada 2008. Czy z przedstawiciela wrogiego systemu stał się przedstawicielem słusznej zmiany i ugody? Jego wystąpienie nosiło tytuł „Czego nie wiemy o Porozumieniach Sierpniowych”. Mówi z przejęciem i podkreśla, że po stronie negocjatorów PZPR była chęć porozumienia, że było oczywiste dla niego, że to stoczniowcy mają rację, że zazdrościł im pozycji po drugiej stronie stołu. Kolejne brawa padną po słowa krytyki stanu wojennego, którego Tadeusz Fiszbach był od zawsze przeciwnikiem i przez co zmuszony był opuścić kraj.

Gdzieś w toku dyskusji (a uczestniczą w niej jeszcze gen. Roman Polko, prof. Janusz Danecki, ks. Dariusz Kowalczyk SJ), ktoś cichutko podchodzi do stołu i podaję Maciejowi Wierzyńskiemu małą karteczkę. Na tej karteczce napisana jest informacja, że właśnie zmarł Mieczysław Rakowski. Sala reaguje westchnieniem. Tadeusz Fiszbach spuszcza głowę.

Po zakończeniu spotkania podchodzi do mnie koleżanka, która jest jednym z organizatorów Areopagu i prosi czy nie pomógłbym wyprowadzić pana Fiszbacha, wokół którego skupiło się grono widzów ściskających dłonie, łaknących autografów i wspólnych zdjęć. Zanim udaję się nam skierować do drzwi mija trochę czasu.

Gdy docieramy do korytarzyka prowadzącego do wyjścia, pan Fiszbach uśmiecha się do mnie.

- Wie pan – mówię – myślę, że to było ważne, co pan dziś powiedział.

- Dziękuję, dziękuje – odpowiada

- Jestem związany trochę z historią i takie słowa to dla mnie ciekawą sprawa.

- Wie pan na takie wydarzenia trzeba patrzeć inaczej, szerzej, nie można łatwo osądzać – mówi z uśmiechem – po chwili dodaje smutniej – i jeszcze ten Rakowski… eh… rozstaliśmy się źle, ale i tak szkoda…

Idziemy razem jeszcze parę kroków i żegnamy się uściskiem dłoni.

12:18, piotr.amigo , Napisane
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 04 listopada 2008
Via Pacini - Italia III

Schodząc z bogatej Via Etna, jednej z głównych ulic Catanii, z której widać sławny wulkan, można wejść w małą Via Pacini. Uliczka ta prowadzi do Pizza Carlo Alberto gdzie codziennie jest wielki targ, chyba największy w całym mieście. Tą małą uliczkę przechodziłem parę razy w tygodniu zawsze przystając na chwilę przed jednym sklepem.

Prowadził go starszy pan. W sklepie była lada, paczuszki ze słodyczami i półki na których stały słoje. Na ziemi leżało parę worków wypchanych ziarnami kawy. Był duży kocioł, w którego bębnie paliła się te ziarna. To dlaczego się zatrzymywałem – był zapach. Intensywny, mocny, magiczny zapach świeżo palonej kawy. Aromat tak przejmujący, tak nagły, stanowczy, każący przystanąć, zaciągnąć powietrzem, zamknąć oczy.

Myślę, że to jest Catania za którą tęsknie. Takie miejsca. Ten człowiek, którego imienia nie znam, który codziennie przesypuje z opasłych worków ziarna i wrzuca je w ogień. Te parę metrów kwadratowych. Ich zapach.

Ta mała uliczka.


00:00, piotr.amigo , Italia
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 03 listopada 2008
Bohaterowie naszych czasów

Miliony ludzi w tym kraju zarabia mało, o wiele za mało, a jednak codziennie chodzi do pracy przez całe życie. To są prawdziwi bohaterowie naszych czasów.

- Olaf Scholz, niemiecki minister pracy
Forum, nr 44(27.10 - 6.11.2008)



14:03, piotr.amigo , Zapiski
Link Dodaj komentarz »
Ciemne uliczki - Italia II

 Przez Catanię przejechał pierwszy raz nocą. Mijałem domy, ulice, światła sklepów i przechadzających się ludzi, którzy przez najbliższe miesiące mieli stać się moim światem. Wszystko było takie cudownie obce a noc czyniła z tego jeszcze większą niewiadomą zatapiając wszystkie zakamarki w swojej ulubionej ciemności.

O Catanii wiedziałem mało. Wyczytałem, że leży u podnóża Etny, co wpłynęło bardzo na jej architekturę. Wielokrotnie cierpiała w skutek trzęsień ziemi i lawy. Kamień wulkaniczny, z którego wzniesiono budynki miał nadać miastu ciemny kolor. Miało być głośne, ruchliwe, niebezpieczne. Po części wszystko było prawdą.

Etna leży na wyciągnięcie ręki. Jest piękna – to chyba wypada o niej napisać na początku. Kiedy przyjechałem była cała w śniegu. Sypała nim ze swojego wierzchołka, który mieszał się z dymem, jaki wydobywał się z wnętrza krateru. W połowie mojego pobytu – po trzech małych trzęsieniach ziemi, Etna eksplodowała. Nie była to pełna erupcja jednak widok płynących strumieni rozpalonej lawy, strzelającej z jej zboczy fontannami ognia, uczucie niezwykłej potęgi, jaka drzemie we wnętrzu tej góry była niesamowita.

Kiedy moi znajomi Filippo i Irene brali ślub, wynajęli w jej okolicach mały hotelik z pięknym ogrodem, gdzie rozstawione były stoliki i gdzie wszyscy siedzieliśmy oddając się urokom Sycylijskiej kuchni. To była ciepła noc, szczęśliwa, pełna uśmiechów i toastów. Pomyślałem wtedy, że pewnie nigdy nie przyjdzie mi już być na weselu gdzie tuż obok gości wznosi się majestatyczny wulkan, spływający ogniem. Był to jeden z tych momentów w życiu, kiedy człowiek zatrzymuje się na chwilę by docenić w jak niezwykłych okolicznościach przyszło mu się znaleźć i powiedzieć sobie, że los układa czasem dla nas piękne historię, które, mimo że nie gramy pierwszoplanowej roli, dają poczucie wzruszającej niezwykłości i szczęścia.

Cała Catania jest rzeczywiście ciemna. Wulkaniczny kamień, który jest głównym jej budulcem stwarza atmosferę, którą czułem tylko w tym ze wszystkich Włoskich miast, jakie udało mi się odwiedzić. Do tego w wyniku problemów finansowych Catania jest słabo oświetlona, co potęguje tylko jej kolor. Schodząc z głównych ulic brodzi się przez półmrok dusznych uliczek wyłożonych brukiem i asfaltem, który jeszcze ciepły od dnia unosi wszelkie, najczęściej nieprzyjemne zapachy. Ale to nocą - w pełni słońca wszystko ma się inaczej. Miasto nie jest może cudem architektury, ale na pewno ma w sobie dużo uroku. Nie jest może szczególnie głośne, ale na pewno jest ruchliwe. Nie jest może szczególnie niebezpieczne, ale są miejsca, do których się pod żadnym pozorem nie zagląda. Dzielnice mafii, biedy.

Raz jadę z moimi koleżankami Claudią i Vanessą na kolację do Parminder Jit’a, naszego znajomego z Indii. Jemy przepyszne chapatti, wszystko własnoręcznie robione, od placków po sos. Parminder mieszka razem z dwójką znajomych. Ciekawostką jest, że Parminder jest Sikhem, pochodzi z Pendżabu gdzie ta religia jest szczególnie mocna. Jeden jego kolega jest katolikiem, drugi wyznawcą hinduizmu. Wszyscy trzej pochodzą z Indii i są bardzo religijni. Kiedy przed jedzeniem składam odruchowo ręce by oprzeć o nie głowę, jeden z nich pyta czy chciałbym się pomodlić. Mówi to bardzo poważnie i kiedy odpowiadam z uśmiechem „nie trzeba”, czuje się idiotycznie, bo przez chwile pomyślałem, że to żart.  Mają w domu mały ołtarzyk, na którym siedzą razem Chrystus w otoczeniu obcych bóstw i ich proroków. To stwarza nastrój tolerancji i bezpieczeństwa. Kiedy po jedzeniu pytamy jak się mieszka w tej okolicy – a jest to właśnie jedna z tych dzielnic, do których nie wjeżdża się inaczej niż samochodem i najczęściej szybko opuszcza – ich miny pochmurnieją. Jedyna odpowiedź, jaka pada to „niedobrze”.

            Dla mnie było to jednak tylko zachętą do poznania Catanii bardziej. Główne ulice, mimo że piękne, święcą neonowym luksusem. To jednak nie była Catania, jaka mnie interesowała, bo widziałem, że to miasto ma też inną twarz. Twarz często niechcianą, nielegalną, która stoi na każdej ulicy, na każdym rogu. Która unika policji, przemyka się, handluje byle, czym, byle gdzie, pracuje to tu to tam. Twarz, która dużo poświeciła żeby tu być, która chce żyć godnie. Twarz Afryki i Azji, nielegalnych imigrantów. Pytanie było tylko jak się do niej zbliżyć, jak spojrzeć jej w oczy?

Parminder Jit   (w środku)


00:20, piotr.amigo , Italia
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 06 października 2008
Świat musi ich zabić

"Tej nocy w pokoju hotelowym przy długim, pustym korytarzu, na którym stały pod drzwiami nasze buty – kiedy za oknem padał deszcz, a w naszej sypialni, gdzie leżał puszysty dywan, było widno, miło i wesoło – gdy potem zgasiliśmy światło i było nam cudownie na śliskiej pościeli w wygodnym łóżku – kiedy czuliśmy, że znów jesteśmy w domu, że już koniec samotności, i budząc się w nocy odnajdowaliśmy się wzajemnie – wszystko poza tym było nierzeczywiste. Zasypialiśmy, kiedy nas ogarnęło zmęczenie, a jeżeli któreś z nas się budziło, budziło się też drugie, więc już nie byliśmy osamotnieni. Często mężczyzna pragnie być sam i dziewczyna także pragnie być sama, i jeżeli się kochają, są o to nawzajem bardzo zazdrośni, ale ja naprawdę mogę powiedzieć, że ani przez chwilę tego nie czuliśmy. Potrafiliśmy czuć się samotni, kiedy byliśmy razem – samotni przeciw innym. Coś podobnego zdarzyło mi się tylko raz. Czułem się osamotniony będąc z wieloma dziewczynami, a wtedy właśnie można być samotnym najbardziej. Ale my dwoje nie odczuwaliśmy nigdy samotności ani lęku, kiedy byliśmy ze sobą. Wiem, że w nocy nie jest tak samo jak w dzień, że wszystko wydaję się inne, że nocnych spraw nie sposób wytłumaczyć za dnia, bo wtedy nie istnieją, i że noc może być straszna dla ludzi samotnych, kiedy już zaczęła się ich samotność. Ale z Catherine nie czułem w nocy prawie żadnej różnicy, chyba tylko tę, że było mi jeszcze lepiej. Jeżeli ludzie przynoszą ze sobą na świat dużo odwagi, to świat musi ich zabić, żeby ich złamać, więc naturalnie ich zabija. Świat łamię każdego i potem niektórzy są jeszcze mocniejsi w miejscach złamania. Ale takich, co nie chcą się złamać świat zabija. Zabija w równej mierze najlepszych, najdelikatniejszych i najdzielniejszych. Jeżeli nie jesteś żadnym z nich, możesz być pewnym, że zabiję cię także, ale bez szczególnego pośpiechu."


Fragment książki "Pożegnanie z bronią" Ernest Hemingway.
19:12, piotr.amigo , Zapiski
Link Dodaj komentarz »
Zjeżdżając z Céfalu - Italia I

Zjeżdżaliśmy krętymi górzystymi drogami z miejscowości Céfalu i wtedy patrząc przez okno samochodu pomyślałem, że jeżeli zacznę pisać o Sycylii, to właśnie od tego momentu. Niebo było piękne, waniliowo-różowe, pełne chmur, które przetaczały się nad górskimi szczytami. Jechaliśmy drogą mijając małe domki, za którymi wspinały się stoki czarne od sadzy. Łąki płonęły. Całe zbocza górskie leżały spalone. Gdzieniegdzie widać było biegających w panice pasterzy, którzy przeganiali bydło w bezpieczne miejsce. Nad ich głowami przelatywały samoloty zrzucające wodę. Wszystko wyglądało niezwykle, bo mimo dramatu okolica wydawała się niezwykle spokojna. Ogień był mały, tlił się lekko i na ogromnej przestrzeni, wśród górskiej panoramy wydawał się błahostką. Samoloty były wysoko i przesuwały się bezgłośnie. Niebo było piękne. Pozwalałem moim myślom uciekać w metafory i mówiłem sobie, że Sycylia nawet, kiedy płonie, zachowuję swój spokój i robi to powoli, bez nerwów. Patrzyłem na to wszystko i myślałem, że za parę dni wracam już do Polski.

            We Włoszech spędziłem sześć miesięcy, z czego cztery na samej Sycylii. Pobyt w tym kraju zaprowadził mnie znaczeni dalej niż można dojść zwykłą drogą i otworzył wiele drzwi, o których istnieniu nie miałem nawet pojęcia. Przejechałem kraj z południa na północ, poznałem ludzi z całego świata – tych przygnębiająco biednych, imigrantów z Afryki i Azji i tych bogatych, którzy, mimo, że mieszkali w jednym mieście, dzielnicy – nic o sobie nie wiedzieli. Starałem się z nimi rozmawiać, sfotografować ich świat, ich spojrzenie. Ale zanim napiszę coś o ludziach, wypada wspomnieć parę słów o mieście.

            W Catanii wylądowałem 18 lutego 2008 około godziny 22 z gorączką i okrutnym bólem zęba, mających mnie odebrać Włochów nie było.

 

18:39, piotr.amigo , Italia
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 14 września 2008
Zmiany, zmiany, zmiany...

Gdzieś zakiełkowała we mnie myśl żeby odkurzyć ten blog. Tak naprawdę już od miesięcy leży nietknięty i zapomniany na rzecz nowego blogowego projektu . Mam jednak sentyment do tej starej, wirtualnej przestrzeni i postanowiłem, że trochę trzeba ją przebudować, może nadać inny kształt. Zniknęło więc sporo wpisów oraz kategorie ze zdjęciami, Sycylią itd. Miejsce n
a te ostatnie jest w Photographing the Edges - Zapiski wracają to swojej formy pisanej (ze małymi wstawkami z Youtuba lub fotografiami, ilustracjami które nie są moje). Może w końcu zmotywuje mnie to żeby pisać więcej. Jakiś czas temu aparat fotograficzny wytrącił mi pióro z ręki i ciężko po nie znowu sięgnąć. Zobaczymy jak te powroty będą wyglądać.



00:13, piotr.amigo , Napisane
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 09 czerwca 2008
Photographing the Edges

Od dłuższego czasu ten blog zmienił się z "Zapisek" w album zdjęciowy i pomyślałem, że czas to trochę zmienić nawet jeżeli odbiję się to na jakiego jakości (z założenia zdjęcia miały być tylko dodatkiem a nie główną treścią). Założyłem właśnie osobny blog poświęcony tylko zdjęciom:
http://piotrphotos.blox.pl/html

zobaczymy czy ten projekcik się rozwinie, zapraszam wszystkich do oglądania, komentowania.
pozdrawiam
Piotr

13:44, piotr.amigo , Zapiski
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 19 maja 2008
MUTO a wall-painted animation
Coś niesamowitego, pierwszy raz widzę tego typu animację.


MUTO a wall-painted animation by BLU from blu on Vimeo.
23:51, piotr.amigo , Zapiski
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 11 lutego 2008
Моя жизнь



"...but if I had to choose, I would want to be myself, because this is my world and I live in it."

15:21, piotr.amigo , Zapiski
Link Komentarze (2) »
sobota, 02 lutego 2008
Mug-Shots

W Warszawskiej Yours Gallery wystawiono serię zdjęć policyjnych z Lidcombe (przedmieścia Sydney) powstałych w latach 1912-1914. Fotografię przedstawiają złodziei, oszustów, paserów, szulerów, prostytutki, morderców, handlarzy narkotyków. Portrety robione w celach moim zdaniem są wartę obejrzenia. Poniżej parę wybranych fotografii:









Więcej zdjeć tu: Retrofilia

12:00, piotr.amigo , Zapiski
Link Komentarze (6) »
czwartek, 17 stycznia 2008
Krystian

    Krystian na swoje pierwsze obrazy kradł czarną farbę z ośrodka, w którym pracował. Mieszka w małej wsi pod Toruniem gdzie ciężko było o środki plastyczne. Nie miał zresztą pieniędzy, miał natomiast potrzebę malować.
    Pierwsze obrazy wydeptał. Na brystolu rozlał trochę farby, butami wymazał kształty, do których domalował później szczegóły. Mówi, że do teraz lubi tworzyć tak niekonwencjonalnie (raz „malował” obrazy przy użyciu domestosa, który wyżerał papier). Pokazuje mi niektóre swoje prace na komputerze. Jestem zaskoczony ich poziomem (są to przede wszystkim abstrakcję, psychodeliczne i minimalistyczne).
    Nie poszedł na studia. Był w Niemczech, trochę w Rosji, trochę w Polsce. Sprzedaje czasem to, co namaluje i jak się uda robi wystawy.
    Krystian ma zawadiacką urodę i wydaję mi się przystojny. Charakteru dodaje mu ciemniejsza cera i żywe spojrzenie. Podoba mi się jego sposób bycia i to jak traktuję i przyciąga do siebie innych.
   Poznaję go jak opowiada o swoim wyjeździe na wolontariat do Niemiec gdzie opiekował się i pracował z niepełnosprawnymi intelektualnie. Szczególnie Petrą, o której dużo mówi, nadal z troską i ciepłem opiekuna. Pobyt w tym ośrodku bardzo go zmienił, dorósł tam. Teraz jedzie do Dublina gdzie w podobnym miejscu będzie organizował zajęcia z malarstwa i rzeźby dla niepełnosprawnych.
    Lubię z nim rozmawiać, dużo się śmiejemy. Ja opowiadam gdzie byłem, gdzie jadę, on o Niemczech, Rosji, dużo rozmawiamy o kobietach i fotografii.
    Kiedy pytam czyje zdjęcie ma na tapecie komórki, podaj telefon i przedstawia mi Petrę. Z małego ekraniku uśmiecha się do mnie serdecznie twarz młodej dziewczyny.

15:02, piotr.amigo , Napisane
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8



Darmowe zliczanie odwiedzających stronę - FreeStat.pl'); //-->

Nakarm glodne dziecko - wejdz na strone www.Pajacyk.pl

Help end world hunger